Wyprowadź swe serce na spacer. Historia Anny Płockier.

Marta Tarabuła, historyczka sztukiPolska, Kraków 2012

"Niech Pani przyjedzie, czekam na Panią z radością."
"Proszę Panią przyjechać, będziemy mówili o "Malte".
"Niech Pani przyjedzie w niedzielę, bardzo się będe cieszył. Pójdziemy trochę w pejzaż, jak zeszłego roku"
"Proszę Panią bardzo przyjechać do mnie kiedyś (przed niedzielą). Są teraz tak cudne dni, nawet gdy pada deszcz, że trzeba je spędzać z kimś wrażliwym i bliskim."

"Niech Pani przyjedzie..." - to zaproszenie powtarza się, jak refren, w każdym liście Szulca. Ocalało ich osiemnaście. Odnalazł je, rozrzucone na podłodze w opustoszałym borysławskim mieszkaniu, tuż po tragicznej śmierci lokatorów, przyjaciel domu - Marian Jachimowicz. Anna Płockier wraz z narzeczonym i całą jego rodziną została zamordowana w lesie pod Truskawcem 27 listopada 1941, w pierwszej masowej egzekucji borysławskich Żydów. Miała 26 lat.
Kim była? "Słownik artystów polskich i obcych w Polsce działajacych" podaje kilka faktów: urodzona w Genewie 15 kwietnia 1915, córka Leona (Kazimierza) Płockiera, lekarza i Ewy Kohn, nauczycielki muzyki; matura w gimnazjum matematyczno-przyrodniczym w Warszawie (1934), szkoła malarska Konrada Krzyżanowskiego w Warszawie, studia w krakowskiej ASP u Władysława Jarockiego i Wojciecha Weissa (1935-38). W 1938 dopuszczona do egzaminu wstępnego w warszawskiej ASP, nie przyjęta.
Jej podanie, zachowane w archiwum ASP w Warszawie, nosi datę 13 września 1938. Dlaczego zdecydowała się przenieść do stolicy? Opuściła krakowską ASP w ślad za narzeczonym, Markiem Zwillichem, po charakterystycznym dla klimatu tamtych lat incydencie. Był rok 1938. Marek, zobaczywszy na korytarzu szkoły ogłoszenie rektora o "numerus clausus", zerwał je, zmiął i wyrzucił do spluwaczki... Musiał opuścić uczelnię; studia kontynuował w Warszawie. Działał w kręgu komunizującej awangardy.
Marek - pod wpływem Strzemińskiego - malował obrazy w duchu unistycznym; charakter prac plastycznych Anny jest trudny do odtworzenia. Prawdopodobnie jedynym zachowanym przykładem jej twórczości jest linoryt "Taniec" (1938), przechowywany dziś w zbiorach Muzeum Literatury w Warszawie. Uproszczony, świadomie prymitywizowany, stylizowany zgodnie z ówczesna modą na ludowość rysunek przedstawia taneczne pas: ułan w czaku i w spodniach z lampasem , ukazany w półobrocie, prowadzi pannę w długiej sukni. Panna unosi rękę wdzięcznym gestem. Tańczą mazura? Całość typowa dla polskiego art deco: płynna, harmonijna linia zdradza raczej wpływy sztuki spod znaku "Rytmu" - motyw tańca narodowego, syntetyczna, geometryzująca, lekko archaizowana forma - niż eksperymentów awangardy. Co do innych przykładów prac Anny Płockier, jesteśmy zdani na interpretacje jakie przetrwały we wspomnieniach znajomych i przyjaciół. "Piękne wypielęgnowane ręce miały w sobie jakąś roślinność – pisze z egzaltacją Marian Jakimowicz. - Linie jej rysunków płynęły z tą samą łagodnością". Alina z Chwistków Dawidowiczowa, matematyczka, wspomina: " Jej obrazy mnie zachwycały. Malowała niby drugi raz któryś ze sławnych obrazów, ale twarzom nadawała inny wyraz. Dodawała im sensu psychologicznego." A o samej autorce, lakonicznie i sucho : "Anna była córką sławnego profesora medycyny. Z wyglądu przypominała Pawlikowską."
Ze zdjęcia w legitymacji wydanej przez krakowską ASP - "przynależność państwowa: polska, język ojczysty: polski, wyznanie: mojżeszowe" - patrzy trochę przestraszona młoda kobieta o ciemnych, gładko zaczesanych włosach i owalnej , może nieco zbyt pulchnej twarzy. Na fotografii zrobionej trzy lata później widzimy już zupełnie inną osobę: w jasnej sukience w groszki,z różą przy pasku, wdzięcznie upozowana w letnim plenerze - siedzi na kocu , lekko przegięta w talii. Patrzy prosto w obiektyw i uśmiecha się tajemniczo: na wyciągniętej dłoni prezentuje glinianego ptaszka – odfrunie? Nie odfrunie? To Anna, opromieniona towarzyskim sukcesem. Obok niej Laura Wurzberg, piękna bibliotekarka z Drohobycza, wspominana w listach Schulza jako „panna Laura” – i sam Bruno, zachmurzony, uciekający wzrokiem: jedyna osoba, którą pozowanie do zdjęcia wydaje się męczyć i drażnić. Z tyłu, na ogrodowym leżaku, uśmiechnięty Marian Jachimowicz. Przyjaciel, który – jak notuje Dawidowiczowa – „zajmował się wypychaniem ptaków, ale był poetą”. Jemu właśnie zawdzięczamy najwięcej wiadomości o intelektualnym życiu Borysławia tamtych lat, o Annie i jej narzeczonym, przez najbliższych zwanym Maćkiem – i o wielu innych barwnych postaciach, które żyją już tylko na kartach jego wspomnień. Zdjęcie jest pamiątką z beztroskich wakacji roku 1938: wtedy właśnie Anna poznała Bruno Schulza. Jak trafiła w te strony? Z Borysławia pochodził jej narzeczony, tu był jego dom rodzinny. Przyjechała na lato.
Wspomina Jachimowicz, który – zaprzyjaźniony już z Markiem - do tej pory znał Annę tylko z listów: „ Borysław dla warszawianki – to prawie egzotyka. Ania zjawiła się z Maćkiem, gdy przyszły nowe wakacje. Wielka, podobna była do swego pisma w nieporadnym wdzięku. Raczej typ Niemki. Zdawało się – bez nerwów, choć łatwy rumieniec zdradzał. Chodziła trochę jak wieża, która by chciała delikatnością ruchów usprawiedliwić pobyt wśród nas.” Czy to właśnie ujęło Szulca, znanego z predylekcji do kobiet słusznej postury? „Uważano, że ten dobór to perwersyjny gust Schulza” – pisze Dawidowiczowa bez ogródek.
Ludwik Bugno,Juliusz Wit (Witkower),Marek Zwillich, Artur Rzeczyca (Buchsbaum),Marek Holzmann, Hilda Berger, panna Laura (Laura Wurzberg), młody Baruch Wahl zwany Buziem i nieznany z nazwiska Kazio, potem Henryk Wiciński, który przyjechał na lato podleczyć chore płuca: malarze, poeci i pół-poeci, grafomani i amatorzy „rozmów istotnych” trwających do białego rana – we wspomnieniach Jachimowicza ówczesny Borysław to zagłębie poetyckie, nie tylko naftowe. Wpływy poezji Czechowicza szły tu o lepsze z oddziaływaniem awangardy krakowskiej, wielbiono unizm Strzemińskiego i wyrafinowaną prostotę Stażewskiego, rozważano wyższość zorganizowanych po marksistowsku społeczeństw nad trującymi miazmatami indywidualizmu, czytano na potęgę - i z pasją dyskutowano. W takie środowisko trafiła w lecie 1938 Anna, jak oni ciekawa nowej formy świata i gotowa się o nią spierać; argumentów było pod dostatkiem. Zamieszkała w domu Marka, przy Szczorsa 30. „Kilkadziesiąt kroków z mego mieszkania i już się było u nich – pamięta Jachimowicz. - Po drugiej stronie ulicy dom z zieloną werandą za zmurszałymi sztachetami. Wkomponowany w dwa przyjazne sady: jeden od ulicy częstował wiśniami, drugi w głębi przyklękał pod ciężarem grusz i jabłoni. A dalej pola, gdzieniegdzie domki, wreszcie lasy i góry. Tu, po miękko poddających się schodach wchodziliśmy wszyscy do wnętrza zawieszonego unistycznymi kompozycjami Maćka i umiłowanymi przez niego prymitywami dziecięcych malowanek. Tu zażywaliśmy ciepła przyjaźni, entuzjazmu dla sztuki i rozbłysków świadomości w pasjonujących nas sprawach. Stąd schodziliśmy w sad, w dalszy ciąg rozmowy, by odpocząć na trawie i nacieszyć się obłokami.”
Niedaleko – Drohobycz dzieli od Borysławia niewiele ponad 10 kilometrów - mieszkał Bruno Szulc, nauczyciel rysunków i robót ręcznych w tamtejszym gimnazjum. Jest już wówczas sławnym pisarzem: "Sklepy cynamonowe", wydane przed czterema laty w warszawskim "Roju", przyniosły mu uznanie w środowisku literackim i otworzyły możliwości kolejnych publikacji. Zachwyceni lekturą, Anna i Marek wybrali się do Drohobycza; wizyta miała się okazać początkiem interesującej przyjaźni, podsycanej dodatkowo adoracją, jaką wielki pisarz okazywał Ani. „Przyjechali oczarowani – wspomina Jachimowicz. Obiecał, że przyjedzie. Właśnie siedziałem u nich, gdy Maciek wyglądając oknem powiedział : „Idzie”. Spojrzałem spoza jego ramienia. Szary człowieczek mijał kościół po drugiej stronie ulicy. Spieszył się.”
Minęły wakacje; Anna i Marek wrócili do Warszawy. Marek zaangażował się w organizację wystawy "plastyków modernistow z Łodzi, Krakowa, Lwowa i Warszawy" - Pronaszko, Stażewski, Osostowicz, Zwillich, Wiciński, Jaremianka, Stern - planowaną na jesień 1939. Anna, nie przyjęta na uczelnię , być może uczęszczała na zajęcia jako wolny słuchacz. Wojna zastała ją w Warszawie, Marka – w Borysławiu. Anna przetrwała wrześniowe oblężenie stolicy i wkrótce, z początkiem następnego roku, zdecydowała się dołączyć do narzeczonego; Borysław, wcielony do ZSRR, był już wówczas poza granicami Generalnego Gubernatorstwa. Wybrała się, sama, w niebezpieczną podróż. Opowiada Jachimowicz: „Ania z narażeniem życia przekradła się przez niemiecko-rosyjską granicę na Bugu.(…) Uczucie dla Maćka i pewna doza ciekawości kazały jej przeprawić się przez rzekę pod obstrzałem. W ciemności wpadła w ręce straży rosyjskiej, ale jakimś bardzo kobiecym manewrem wymknęła się z aresztu. Zjawiła się w Borysławiu, uśmiechnięta. " Marek dostał posadę nauczyciela rysunków w tutejszym gimnazjum, Anna zaczęła dawać lekcje prywatne.
Był rok 1940. Na terytorium Ukraińskiej Republiki Radzieckiej zapanowała nowa, radziecka polityka kulturalna. We Lwowie Wanda Wasilewska wydawała propagandowe pismo literackie "Nowe Widnokręgi", w Drohobyczu Schulz, przerażony zsyłkami i sowieckim terrorem, odcięty od warszawskich przyjaciół, usiłował dostosować się do nowej rzeczywistości. „Wszyscy jakoś znaleźli jakiś przydział, ja zostałem na lodzie" – skarżył się w jednym z listów. Postanowił zapisać się do Związków Zawodowych Zachodniej Ukrainy."Pragnę zgłębić teoretycznie naukę komunizmu (…) Pragnę też w miarę sił i na terenie mej własnej pracy współdziałać w dziele budowy przyszłości socjalistycznej ludzkości" - pisał w podaniu. Władza spojrzała łaskawym okiem; Schulz uzyskał prawo nauczania rysunków w szkole, a dodatkowo - zlecenia na ilustracje do miejscowej gazety i na wielkie portrety dostojników państwowych, robione metodą "wcierki". Schwytany w pułapkę niechcianych obowiązków i pogłębiającej się depresji, nieszczęśliwy i chory - nie napisał już ani słowa. Z wyjątkiem listów. Ich adresatką jest Anna Płockier, ostatnia muza artysty.
Schulz zawsze zwraca się do niej per "Pani"; z początku adresuje listy jej panieńskim nazwiskiem, potem - respektując małżeństwo z Markiem - nazwiskiem podwójnym: Płockier- Zwillich. Korespondencja zaczyna się jeszcze za okupacji sowieckiej, w lipcu 1940 - i trwa przez siedemnaście miesięcy; w międzyczasie do Drohobycza wkraczają Niemcy. Ostatni list Anna dostanie w przeddzień swej tragicznej śmierci.
Już pierwszy zachowany list do Anny wskazuje, że odnowiona po jej ponownym przyjeździe do Borysławia znajomość z Szulcem nabrała bliższego charakteru. "W chwilach pustych stagnacji wewnętrznej mogę liczyć na impulsy płynące z osoby Pani i z przyjaznych Pani uczuć dla mnie" - pisze Bruno. Wśród spotkań, spacerów i "rozmów istotnych" zdarzają im się także sprzeczki i nieporozumienia. A jednak - "wbrew temu, co raz zdarzyło mi się wyrzucić w gniewie, jest Pani dla mnie poważną pozycją" - zapewnia ją w liście, skruszony. I chętnie przyjmuje rolę cicerone: prowadzi Annę własną ścieżką wśród wielkiej literatury, odkrywa przed nią , jak wyspy, ulubionych pisarzy i poetów. "Cieszę się, że Pani okazała się dostępną dla Rilkego. Z czasem, gdy Pani oswoi się z jego wierszami, otworzą się Pani światy piękna jeszcze bardziej skondensowanego." "…niech Pani przeczyta Sobowtóra albo Karamazowych"… "Co do analizy Manna ma Pani może częściowo słuszność"… W sprawach, nad którymi - w sztuce - panuje, Szulc potrafi być surowym nauczycielem: "Nie chciałbym za nic w świecie zdeprymować Pani, ale nie mogę pozostawiać Pani w tym, co uważam za błędne. (…) W kwestiach literackich arroguję sobie pewną kompetencję." Lecz zaraz dodaje pojednawczo: "To właśnie, że polemizuję z Panią, powinno być dla Pani dowodem, jak poważnie Panią traktuję."
Daje jej do czytania swoje rękopisy wyciągnięte z głębi szuflad, bez szans na publikację; ją samą zachęca do pisania, jakby chciał, by weszła na jego terytorium, zaczęła uprawiać dziedzinę, która jest mu daleko bliższa niż sztuki plastyczne. Anna przynosi swoje pierwsze teksty. Bruno komplementuje: "Próby, które Pani mi czytała, bardzo mi się podobały." Po czym, jak przystało na mentora : "Chciałbym, żeby Pani nabrała odwagi, rozmachu do objęcia szerszych tematów, do opracowania tą metodą większych mas Pani wewnętrznego świata." I dalej: "Kiedy będę mógł to przeczytać? Kiedy Pani przyjedzie?"
"Zapraszam Panią serdecznie i z radością. Codziennie będę czekał do 6-tej wieczorem, gdyż sądzę, że później Pani nie przyjedzie." Bruno czeka. Jego czas wypełnia czekanie na Annę. "Proszę Panią bardzo nie zniechęcać się do mnie i przyjechać w najbliższych dniach. Jestem teraz bardzo smutny i w głębokim upadku. Może Pani podźwignie mnie trochę." - zaprasza i nalega.
A Anna? Anna ma nad nim władzę; wie o tym i umie z niej korzystać. Ich dyskusje, prowadzone w cztery oczy lub na forum przyjaciół - jak ta o realizmie, która sprowokowała Schulza do napisania małego traktatu w jednym z listów - są rodzajem intelektualnego flirtu. Wspomina Jachimowicz: "Najśmielej atakowała go Ania, korzystając z uroku, jaki wywierała na nieodpornego wobec niej Schulza". Anna droczy się i przekomarza, zdarza się, że sięga po typowy kobiecy chwyt - robi "scenę". Bruno jest zachwycony; wiadomo, że lubił czerpać satysfakcję z wyimaginowanego zagrożenia, którego sprawczyniami były kobiety. Pisze : "Niech Pani przyjedzie,(…) i niech mnie Pani nie oszczędza". A kiedy indziej: "… w związku ze sceną, którą mi Pani zrobiła. Ażeby wyznać prawdę, ta scena nie była pozbawiona poetycznego uroku, jakim tchnie Pani cala osoba i wszystkie Jej kaprysy. Odczułem ją jak gwałtowny atak wiatru z deszczem - w kwietniu, kiedy te bryzgi deszczu bijące w twarz nie mogą inaczej, jak tylko pachnieć wiosną."
Z listów Szulca do Anny trudno wydobyć wiarygodny portret adresatki; mówią one przede wszystkim o ich autorze. Postać, która się z nich wyłania, to raczej kreacja jego wyobraźni niż żywa osoba. Bruno "wydestylował" Annę z życia i przeniósł poza realność: uczynił ją bohaterką swoich poetyckich fantasmagorii. Sam zresztą doskonale zdawał sobie sprawę z mechanizmu, jaki działa w takich przypadkach. Określił go - na marginesie innych rozważań - w liście do Stefana Szumana, na długo zanim poznał Annę : "(…) widok kobiety, o której nic szczegółowego nie wiemy, przenika nas z nagła wstrząsającą pewnością, że posiada ona wszystkie te ukryte i nam samym nieznane cechy, których istota nasza tak gorąco pożąda".
W postaci Anny zogniskowal nie tylko swoje marzenia, obdarzył ją także cechami własnej sztuki: zobaczył w niej tajemne przepoczwarzanie się materii, dynamikę ciągłych przemian, paradę "pseudoosobowości" przyjmowanych tylko na chwilę, metafizyczny automatyzm właściwy marionetkom… Spójrzmy na jeden z listów:
"Droga Pani Aniu!
Jestem ciągle pod urokiem Pani uroczych metamorfoz. Sądzę, że są one dlatego tak wzruszające, że są tak niezależne od Pani woli, tak automatyczne i bezwiedne. Jest tak, jakby ktoś cichaczem podsuwał kogoś innego, zamieniał Panią, a Pani jak gdyby przyjmowała tę nową osobę i brała ją za siebie samą i grala swoją rolę dalej na nowym instrumencie, nie wiedząc, że to już inna porusza się na scenie. (…) Pani nie zdaje sobie sprawy, ile w tym jest działania głębszych sił, ile jakiejś metafizycznej marionetkowości. Przy tym jest Pani niesłychanie reaktywna, formująca się natychmiast w kształt dopełniający, w cudowny akompaniament… Wszystko to dzieje się jak gdyby poza intelektem, w jakiejś krótszej i prostszej drodze niż droga myśli, po prostu jak reakcja fizyczna. Po raz pierwszy zdarza mi się spotykać takie bogactwo natury nie mieszczące się jakby w skali jednej osoby i dlatego aktywizujące jakby osobowości pomocnicze, improwizujące pseudoosobowości ad hoc zainicjowane na przeciąg jakiejś krótkiej roli, którą Pani musi odegrać. Tak sobie tłumaczę Pani proteuszową naturę. Może Pani myśli, że daję się nabierać, że podsuwam głębokie interpretacje pod grę zwykłej kokieterii. Zapewniam Panią, że kokieteria jest czymś bardzo głębokim i tajemniczym i dla Pani samej niezrozumiałym. (…)Aprobuję Panią na wszelki wypadek, we wszystkich metamorfozach. (…)"

Gdyby spośród wszystkich listów do Anny Płockier ocalał tylko ten jeden, i tak miałaby swoje miejsce w literaturze: ona, nieznana malarka, która - półrzeczywista niczym Muza - zjawiła się Bruno Szulcowi "…któregoś dnia w luce parku, lekka wędrownica wkraczająca z gajów Borysławia w aleje Truskawca".
"Wyprowadź swe serce na spacer" - napisał w wierszu Artur Rzeczyca, zapomniany młody poeta z Borysławia. Wiadomo nie od dziś: spacery bywają inspirujące. Zwłaszcza wtedy, gdy poeta odbywa je w towarzystwie swojej Muzy.

Marta Tarabuła
Kraków-Ryczów, lipiec 2012