Elza

Magdalena Parys, pisarkaNiemcy, Berlin 2012

“We are such stuff
As dreams are made on, and our little life
Is rounded with a sleep”

(William Shakespeare)


Odźwierny otworzył drzwi. Elisabet Bergner pewnie minęła próg paryskiego hotelu. Miała na sobie białą sukienkę, jasny kapelusz. Okrągły, duży kołnierz wykończony aksamitną tasiemką harmonizował z czarnym paskiem i chustką. Wysoka, wąska w ramionach i szczupła w talii. Zupełnie nie przypominała drobnej dziewczyny z „Panny Elzy”, filmu, który Bruno widział siedem razy na dużym ekranie, ostatni raz wczoraj, parę ulic stąd.
Poczuł kropelki potu na skroniach. Spokojnie. Wyglądała inaczej niż mógł się spodziewać, ale to ona. Elisabet rozejrzała się i po chwili ruszyła przed siebie. Szła wprost na niego. Skurczył się. Idąc ściągała kolejno rękawiczki, chustkę, kapelusz. Poczuł jej moc i zadrżał. Hol nie był długi, ona szybka. Jeszcze trzy kroki, jeszcze dwa. Głośno stukały obcasy jej butów. Zobaczył tuż przed sobą wysokie czoło, jasne włosy (już nie ciemne!), okrągłe oczy. Poczuł, że robi mu się słabo. To była ONA.

Ile to razy w nieśmiałych marzeniach gładził drżącą dłonią jej czoło i włosy, uspokajał ją i siebie, że być może jeszcze wszystko dobrze się ułoży, że koniec filmu będzie inny. Za pierwszym razem płakał, za drugim też i za trzecim. Za czwartym i piątym czuł złość, za szóstym był nieskończenie smutny. Siódmego nie pamiętał. Filmowa Elza umierała zawsze.
Do sali kinowej wchodził pierwszy, siadał z tyłu w prawym rogu – ten kąt wydawał mu się najciemniejszy. Wychodził ostatni. Potem, już na ulicy udawał, że tam w kinie to nie był on, że on, Bruno, poważny człowiek – myślenie o sobie w takich kategoriach nie było łatwe, ale przynosiło ulgę – pedagog - tu krzywił się jeszcze bardziej, nie może być aż tak słaby i powinien wziąć się w garść. Natychmiast. Tyle tylko, że następnego wieczora znów szedł do kina. O tych eskapadach nie wiedział nikt, nawet siostra. Przedłużony pobyt w Warszawie tłumaczył w listach do rodziny nieprzewidzianymi kłopotami z wydawcą.
Czuł jakąś niewytłumaczalną więź z Elisabet, filmową Elzą, która jak i on urodziła się w Drohobyczu i była z pochodzenia Żydówką. Więź ta przechodziła różne stopnie nasilenia, w kluczowym momencie stała się nawet opętaniem, podsycanym legendami drohobyczan o ich wielkiej i sławnej aktorce, która zdobywa świat. Dopiero po latach dzień powszedni przemienił obsesję w uśpioną tęsknotę za nieznaną a bliską Istotą. Bruno zdawał się panować nad nią.

I oto minęło kilka lat. Przyjechał do Paryżu. Prawdziwy powód przyjazdu był jasny. Chodziło o wystawę prac, które przytaszczył ze sobą w dwóch dużych walizkach. Tymczasem już pierwszego dnia dziwny człowiek w czerwonym kapeluszu i czarnym zniszczonym fraku (jeden z tych dziwnych starców, których miał spotykać tu na każdym kroku, a potem w snach), oglądając uważnie jego szkice stwierdził, że przypominają mu aktorkę, która jest obecnie w Paryżu. Z tego co wie, zatrzymała się nawet w pobliskim hotelu.
- Czy pan zawsze szkicuje Elisabet Bergner? – zapytał oddając mu prace.
Czy ta prawda mogła być dla niego nowa? A jednak poczuł przeszywający dreszcz i jeszcze tego samego dnia udał się do kina. Siódmy raz. Siedział w pierwszym rzędzie i niczego nie widział. Zbyt bardzo zaprzątała mu tym razem głowę rzeczywistość. Czy rzeczywiście malował ELISABET? Oto tu, w tym mieście, uzmysławiał sobie, czego pojąć nie był w stanie. Nie zapamiętał nazwy hotelu, ale jakie to miało znaczenie? Wystarczyło, że wiedział, że to ten, położony blisko, bodaj nawet naprzeciw kamienicy, w której zmarł Chopen.
- Przepraszam – wyjąkał – przepraszam czy pani Bergner?
Jak w pantomimie wyciągnął ku niej dłoń, słowa ułożyły się w niewyraźny szept. Bezsenna noc, którą miał za sobą, spowolniła jego ruchy. A może to tylko świat się zatrzymał? Jakby to już kiedyś widział, lekko pochylony, niemal złamany w pół. Niech coś się stanie, niech obraz się poruszy. Natychmiast musi, musi, musi coś powiedzieć. Inaczej zastygnie tak na wieczność. Wieczność jest dobra, ale nie teraz. Dlatego poruszy siebie i świat. Przemówi. Będzie to coś czarującego, mądrego, co to było, przecież uczył się tego na pamięć. Spojrzał na kwieciste sklepienie hotelowej nawy, zaczerpnął głęboko powietrze. Tak! Już wie! Otworzył usta. Nie zdążył.
- Elisabet! – usłyszał czyjś głos za plecami.
Barczysty mężczyzna wyminął go i przesłonił mu Elisabet, foyer, wszystko. Władczym gestem objął Elisabet w talii.
- Witamy! Serdecznie witamy! – powiedział jakiś człowiek z serwetą na przedramieniu i poprowadził Elisabet i jej partnera w kierunku hotelowej restauracji.
Garderobiany przechwycił kapelusz, rękawiczki i chustę Elisabeth. Bruno patrzył na śliski, miękki materiał. Delikatny i przeźroczysty – jak on sam.

*

Prawie wszystkie stoliki były zajęte. Słychać było uderzenia sztućców, ciche rozmowy. Smutny pianista po raz kolejny zaintonował La prière d'une vierge.
Bruno starał się nie patrzeć w stronę Elisabet, ale nie potrafił inaczej.
- Przeczytałaś scenariusz? – partner spojrzał na Elisabet i opróżnił kolejny kieliszek wina.
Wydęła usta.
- Przeczytałaś?
- W Anglii pisanie scenariuszy jest zawodem poważnym i szacownym, podobnie jak tutaj. W Hollywod jest zupełnie inaczej – odparła wymijająco.
- Być może, rozważ jednak…
Bruno przestał słuchać. Obserwował Elisabeth. Początkowo słuchała uważnie, ale już po chwili zarejestrował znużenie w jej twarzy. Potrafił czytać w kobiecych twarzach, potrafił czytać w twarzy Elisabet. Jej partner tego nie potrafił. Jadł i mówił jednocześnie, nie dając Elisabet dojść do słowa. Wreszcie skończył jeść i mówić. Otarł pot z czoła wielką chustą i potrącił wino. Szczęk tłuczonego szkła i przekleństwo zagłuszyło muzykę. Kelner podbiegł do swojego gościa, aby po chwili torować mu drogę ku toalecie.
- Idź, a jak wrócisz to już tyle nie mów. I nie pij – Elisabet nie powiedziała tego głośno, ale kto miał usłyszeć usłyszał.
„Kelner skacze jak małpa a partner Elisabet wygląda jak zraniony pijany centaur” - zanotował Bruno. Pomyślał, że zrobi z tego akt pierwszy w czymś czego jeszcze nie ma, ale będzie i wyciągnął szkicownik.
Pianista zaintonował weselszy i szybszy utwór, nieznany Brunonowi. Stopa Elisabeth w trzewiku na wysokim, bardzo cienkim obcasie (Bruno jeszcze takich nie widział), poruszała się w rytmie muzyki. Partner nie nadchodził.
Elisabet skończyła jeść i delikatnie wytarła usta w chusteczkę. Srebrne bransoletki opadły w dół. Elisabet miała bardzo błyszczące usta. Poczuł jak bardzo jest mu bliska. Nadchodził bardzo ważny moment. Pomyślał, że mimo wszystko są tu razem. Nie przy jednym stoliku, ale na jednej sali, oddaleni od siebie zaledwie o trzy metry, no może cztery.
- Czy pan sobie czegoś jeszcze życzy? – kelner pochylił się nad nim. Zahuśtała się śnieżno biała serweta na jego przedramieniu. Bruno poprosił o rachunek.
Kelner odszedł. Bruno wyciągnął z kieszeni kopertę, której nie zdążył wręczyć Elisabet w foyer i włożył do niej jeszcze to coś, co naszkicował.
TERAZ! Wstał i na trzęsących się nogach podszedł do stolika Elisabeth. Spojrzała na niego bez uśmiechu. Skłonił się pokornie, wręczając jej na twardym szkicowniku niczym na tacy, kopertę. Spojrzała jak na dziwaka.
- W tej kopercie przywiozłem ci Drohobycz – powiedział Bruno i ukląkł przed nią.
Nie odpowiedziała. Bruno wstał i odszedł.
Nie wiedziała czy to sen. On też już potem nie wiedział.

Nigdy jej nie otworzyła. Nosiła jako talizman do samej śmierci.