Jasna 17.

Angelika Kuźniak, dziennikarka, pisarka Polska, Warszawa 16 czerwca 2012

„Droga pani Romo“,
tak zaczynał do Pani pierwsze listy Bruno Schulz, prawda?
Mam przed sobą Pani portret z 1928 roku. Witkacy namalował go pastelami. To podobno tylko z pozoru łatwa technika. Czy ten portret też wisiał, wśród kilkunastu innych, na ścianie Pani mieszkania przy Jasnej 17 w Warszawie? I czy to na Jasną przyjechał zimą 1936 roku Schulz? A może to było przy Floriańskiej 10, albo przy Focha 6? Przyjechał sam, czy z Witkacym, który Was ze sobą poznał?
Wiem (Schulz pisał o tym w liście), że zobaczył Panią tamtego dnia w “porannych pantoflach na bardzo małych nóżkach”. Ubrała Pani kapelusz i nagle stała się “inna i młodsza”. Młodsza? Miała Pani trzydzieści sześć lat, pracowała w firmie zajmującej się importem i dystrybucją filmów (właściwie dlaczego zrezygnowała Pani ze studiów w Szkole Teatralnej w Warszawie?). Schulz był osiem lat starszy i przygotowywał do druku „Sanatorium pod klepsydrą“. Musieliście się dobrze rozumieć, kochała Pani literaturę. Pamiętam list do Schulza, w którym porównała Pani go do Rilkego. Odpisał: „Że ja mogę dla kogoś reprezentować to, co Rilke dla mnie – wydaje mi się zarówno wzruszające i zawstydzające, jak niezasłużone”.
Wasze listy. Pierwszy pochodzi z roku 1936. Już wiem, że nie są tylko o literaturze. Nie męczyły Panią te wszystkie jego prośby? O załatwienie paszportu, bo chce jechać do Francji, o wstawiennictwo w przyznaniu nagrody literackiej, albo w uwolnieniu aresztowanego za granicą byłego ucznia. Miała Pani dużo cierpliwości. Do dziś tak o Pani piszą. I jeszcze to, że zawsze gotowa była Pani służyć pomocą i radą.
Ostatni list z Waszej korespondencji pochodzi z 1939 roku.
W październiku 1940 gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer podpisał zarządzenie o utworzeniu getta. Dziesięć dni później ogłoszono to w całej Warszawie przez megafony.
Ostatni Pani adres po aryjskiej stronie to Jasna 17.
W listopadzie 1940 roku zamknięto za Panią, Pani synkiem Stefanem i tłumem innych bramy getta. Zaczynały się dwa lata obcowania z lękiem, dojmujące, długotrwałe, codzienne doświadczanie strachu. Jak udało się Pani uciec? Dotarła Pani do Krakowa, a wcześniej do Szkoły Rolniczej pod Kielcami, gdzie w internacie zostawiła Pani syna. Trwała wojna. Był 1942 rok.
Janina Sokołowska. To od tamtego dnia tak się pani nazywała? Dobrze, że znała Pani niemiecki, francuski, angielski, rosyjski i stenografię. Łatwiej było o posadę w niemieckim przedsiębiorstwie importowo-eksportowym.
Praca. Aż do tamtego września 1944 roku. Na ulicy w Krakowie rozpoznała Panią znajoma wysiedlona z Warszawy i doniosła na gestapo. Czasem dodają, że była agentką.
Hitlerowskie więzienie policyjne na Montelupich. Tam Pani trafiła. Przesłuchania, krótki sen (jeśli w ogóle) i znów przesłuchania. Podobno bardzo ciężkie. Jednak nigdy - tak opowiadała kobieta, która siedziała z Panią w celi - nie przyznała się Pani do swego pochodzenia. Napisała Pani jeszcze pożegnalny gryps do syna. Ktoś mu dostarczył? Kto? Dziś już nam nikt nie powie.
Pani syn przeżył wojnę. Nie wiemy, kiedy i jak dowiedział się, że tuż przed wyzwoleniem Krakowa rozstrzelało Panią gestapo. W lutym 1945 roku pojechał na Jasną 17. Listy Schulza leżały rozsypane na podłodze.
Wie Pani, że Jasna 17 to jedyny dom przy tej ulicy, który nie spłonął podczas wojny?