„Zmierzch będzie zapadał”, albo Historia Bianki.

Wiera Meniok, polonistkaUkraina, Drohobycz, 2012

Pewnej wiosny, która potrafiła czytać swój horoskop na wszystkie sposoby i nikt nie miał jej tego za złe, za szklanymi drzwiami białego lukrowanego wnętrza cukierni po raz pierwszy skrzyżowały się ich horoskopy – Bianki, która przy ladzie cukierni jadła ciastko z kremem, i Józefa, który tego wiosennego wieczoru z ojcem i panem fotografem wpadł na ciasteczko do tej samej cukierni. Niby nic niezwykłego – często wpada się do ulubionej cukierni na ciasteczko. Ale tym razem było niezwykle właśnie: Józef po raz pierwszy ujrzał Biankę – była „w białej sukience, smukła i kaligraficzna, jakby wyszła z Zodiaku”. Dopiero później się okaże, że rzeczywiście wyszła z Zodiaku, a nie ze swej willi – jednej z najpiękniejszych w mieście, i nie z tego miasta wyszła – była w nim obca, była inna, której tajemnicy nie udało się zgadnąć do końca. Ale to dopiero później, a teraz tylko dźwięczące szklane drzwi cukierni, przez które przechodząc Bianka i Józef na razie nie zgadują swego losu we „wczesnym gwiezdnym aspekcie”. Wczesna gwiezdna noc i jej świecące zygzaki na szybach, białe wnętrze cukierni, biała sukienka Bianki – wszystko to świetnie dałoby się ująć na pięknym czarnobiałym zdjęciu. Na szczęście jest pan fotograf, ale Bianka nie odwróciła się stojąc przy ladzie, jakby nie chciała pozować. A pan fotograf przydał się jedynie na to, żeby razem z ojcem Jakubem wziąć między siebie przysypiającego Józefa – zmęczonego długim powrotem do domu przez odległe przedmieście, a może półsennie marzącego o kolejnym spotkaniu z Bianką. I te jego marzenia senne, które być może go ogarniały jak dziecko, gdy usnął na rozłożonym na ziemi płaszczu ojca, spełniły się. Ale spełnienie to nie było wcale czymś na kształt mniej lub bardziej typowej, namiętnej love story. Było czymś zupełnie innym, kiedy mówi się „rzeczy najsłodsze, najcichsze i najsmutniejsze”, po czym nie ma już żadnej pociechy, tylko zapadający zmierzch. Były to na dodatek te marzenia senne, które na niewielkiej wydawałoby się odległości zamieniły się w sny kryminalne, za które Józef został oskarżony i aresztowany. Ale o tym za chwilę.

Józefa studium Bianki staje się jakby studium wiosennego zmierzchu. I cała miłość Józefa zmierza w stronę zmierzchu, chyli się ku zachodowi. Zagadkę cudownej Bianki, która codziennie o tej samej porze wchodzi z guwernantką w aleję parku i można ją obserwować z wielkim zachwytem i namiętnością, Józef studiuje z uporem i zaciekłością, ale też z rozpaczą, bo jedno tylko głębokie spojrzenie jej pięknych oczu przeszywa go na wylot, i on doskonale wie, że Bianka zna wszystkie jego myśli od początku. A czy on coś wie o jej myślach? Raczej nie, ale próbuje się dowiedzieć, nie przypuszczając, że te jego próby spełzną na niczym i doprowadzą go do szału i obłędu. Ale próbuje jednak – oddając się cały bez granic do jej dyspozycji – aż do ostatniej kropli krwi, tak bardzo pragnąc by mogła na niego liczyć. I ona liczy na niego albo tylko udaje, że liczy, kiedy nie przywiązuje większej wagi do jego żarliwych odkryć w jej zawikłanej genealogii i – leżąc w erotycznej pozie na swym wytwornym łóżku – pewnej nocy zamarginesowej najpierw rozpłomieni swe policzki i uroczo rozchyli usteczka, żeby wkrótce wprost już powiedzieć do całkowicie zagubionego Józefa: „Uczyń to… Staniesz się jednym z nich”. Tej tylko prośby udało się doczekać Józefowi, ale wolał zostać śmieszny i niezłomny ze swoją wiernością i ze swoją misją, jak ona o nim stwierdziła. I cóż – po swojemu spełnił tę swoją misję – misję oddanej i bezgranicznej miłości do Bianki. I to już nieważne, że nie wystrzelił jego pistolet schowany głęboko w zanadrzu – nie wystrzelił w obronie Bianki, w walce o to, by nie pozwolić, że zostanie porwana. Musiała przecież być porwana, bo była księżniczką.

Więc kim była Bianka i skąd ten zmierzch, który nieuchronnie zapada, jak tylko zaczyna mówić o czymś najważniejszym? Była Infantką i Mesjaszem jednocześnie. To ona – księżniczka, dziedziczka tronu Habsburgów – sprawia, że zwykłe prowincjonalne miasteczko zamienia się w miasto magiczne, miasto zawierające sensy ostateczne i gwałtownie wniebowstąpione. Dzięki temu „kobiecemu Mesjaszowi” (prof. Władysław Panas) Józef odnajduje swój własny sens pierwotny i ostateczny, który dany jest mu na samym wstępie życia i o którym zapomina, żeby po długich latach w wielkim olśnieniu znowu go odkryć i z nim się zjednoczyć już na zawsze – bez żadnej szansy, co prawda, by kiedykolwiek zrozumieć go od początku i do końca. Dlatego właśnie Józef nigdy nie zrozumiał Bianki do końca, nigdy nie rozszyfrował jej tajnego rodowodu, a tylko „uchylił rąbka tajemnicy”. I to akurat może wydawać się smutne. I stąd ten zmierzch, który zapada.

Pisać o miłości Józefa do Bianki – to jakby jednocześnie pisać o miłości Schulza do wszystkich kobiet, które były w jego życiu najważniejsze. To jakby pisać o jednolitej wizji miłości Schulza do kobiety – kobiety, która w jego wyobraźni jest Infantką i Mesjaszem właśnie – właściwie jest i nie jest jednocześnie, bo tak naprawdę nie wiadomo, czy istnieje w postaci materialnej i czy w takiej postaci w ogóle musi istnieć. Jest Infantką, a więc nigdy nie da się jej uciec przed zagrożeniem porwania. Jest Mesjaszem, a więc nigdy nie da się jej przekroczyć granicy cierpienia. Ale jeszcze jest Kobietą – jednak Kobietą, istniejącą naprawdę w jej niezaprzeczalnej materialności, wykraczającą poza kategoryzacje porwania i cierpienia i spełniającą się co chwila w namiętnościach, uczuciach i aktach erotycznych.

Więc jest jednak Bianka Kobietą. Tak, nie ulega to wątpliwości. W swojej nieugiętej erotycznej kobiecości ona jest „cudownie zgodna ze sobą” i „wypełnia bez reszty swój program”. Ten tylko program wypełnia bez reszty, bo dwa pozostałe – książęcy i mesjański – jakby cały czas są wypełnione nie do końca, pozostawiają w sobie luki dla niej samej, a tym bardziej dla Józefa, który nie przestaje dziwić się temu, że „można tak po prostu być Bianką, bez żadnych sztuk i bez żadnego natężenia”.

Dla Józefa niezwykłym wyrazem erotyczności Bianki jest nawet spierzchła skóra na jej kolanach. Ten element cielesności Bianki wprowadza go w dręczące sprzeczności i antynomie, ponieważ poza jej cielesnością – „powyżej i poniżej” – jest już jedynie „transcendentne i niewyobrażalne”. Tutaj właśnie – czyli poniżej i powyżej cielesności – kryje się sekret Bianki i pułapka dla każdego, kto zechce ten sekret odgadnąć i go kontemplować, a więc dla Józefa w pierwszej kolejności. Okaże się całkiem nieprzypadkowo, że jedynie cielesność Bianki z całym jej erotyzmem są do jego dyspozycji – a że nie chce tej cielesności poznać i przyjąć w całości, uporczywie zmierzając ku temu, co „poniżej i powyżej”, co jest w głębi i w niebieskości Bianki – stanie się ta niechęć jego dramatem własnym. I to w końcu nie Bianka jego zawiodła i nic się nie popsuło „w samym sednie wiosny”, jak próbuje w którymś momencie narzekać, tylko on sam siebie zawiódł, licząc na poznanie książęcej głębi i mesjańskiej niebieskości kobiety w zupełnym oderwaniu od jej ziemskiej cielesności. A ona jednak przede wszystkim (i mimo wszystko) była Kobietą, a więc nawet jeśli liczyła na Józefa, to musiała zrezygnować z jego idealnego planu, oddając przewagę Rudolfowi.

To przykre, że w najbardziej dramatycznym momencie całkowitego poświęcenia się Józefa dla Bianki zwyciężył Rudolf – zwyciężył mimo wszystko, mimo to, że tak naprawdę nie był adeptem Księgi jako jedynej prawdy istnienia, a tylko jej przeciętnym stróżem. Józef natomiast był prawdziwym adeptem Księgi. Księga była jemu przeznaczona, a więc uwierzył, że Bianka – niewątpliwie będąca częścią Księgi – też była mu przeznaczona. Stało się jednak inaczej. W swoim studium Bianki i w swojej miłości do Bianki Józef wreszcie musiał dojść do podstawowego pytania i spróbować na nie odpowiedzieć: „Czy Bianka została porwana, czy też zwyciężyło w niej niskie dziedzictwo ojca nad krwią matki i nad posłannictwem, które nadaremnie usiłował jej zaszczepić?” Z trzech wersji odpowiedzi w momencie zadawania samemu sobie tego pytania Józef dochodzi do wniosku, że prawidłową była środkowa, jakby znajdująca się pomiędzy „powyżej i poniżej”, czyli na ziemi, a więc odpowiedź na korzyść kobiecej cielesności Bianki. Tak, wygląda na to, że zwyciężyła w niej krew Pana de V., a książęcej krwi matka na zawsze już została widmem w jesiennym parku przy sadzawce z opadłymi liśćmi. W gruncie rzeczy Bianka nie została porwana, ponieważ sama wybrała Rudolfa, który trzyma ją za rękę i gotów jest „wyjść na spotkanie” z rywalem-marzycielem, a więc waleczne popędy Józefa wyglądają żałośnie – zmuszony jest rozpuścić całe swoje wojsko panoptykalne. Niespełnienie idei porwania odzwierciedla niespełnienie Bianki w roli Infantki. Wobec posłannictwa, które Józef usiłował jej przypisać, też zdystansowała się wyraźnie, opuszczając miasto razem z Rudolfem. Nie zdecydowała się na cierpienie, nie wybrała spełnienia swej misji tak, jak chciał tego Józef – nie zdecydowała się na bycie z nim razem i cierpienie z nim razem. Nie zdecydowała się na spełnienie roli Mesjasza, którą dla niej przygotował jej los. Zwyciężyła w niej Kobieta, a Kobieta widocznie nie była częścią Księgi i częścią przeznaczenia Józefa. Został on zwyciężony z powodu, że jego niebiańska Bianka wolała zostać Kobietą. I została erotyczną cielesną Kobietą, ze „słodkimi oczyma” „jaszczurki wijącej się pod kołdrą” i coraz wyraźniej wykazującej „zdradę najświętszej misji”.

„Własna reżyseria” Józefa, którą – jak sam przyznaje – usiłował narzucić tej wiośnie, podkładając „pod jej nieobjęty rozkwit własny program”, okazała się nieudolna. Zresztą, sam on od początku znał swój los, wiec po totalnej porażce jego ambitnych planów wobec Bianki dramatycznie stwierdza, że jest Ablem, którego ofiara miła jest Bogu, „ale Kain zawsze zwycięża”. Z tego zmierzchu wiosennego, który od początku towarzyszył miłości Józefa do Bianki, wyłonił się Kain – nieoczekiwanie i w jeszcze bardziej nieoczekiwanej postaci: Rudolf przecież ani na grosz nie dorównuje Józefowi siłą wyobraźni i ofiarnością dla idei. To smutne, że idea Józefa zbankrutowała „na całej linii”, i że z powodu tego bankructwa on – też „na całej linii” – odczytuje akt swej abdykacji dla Bianki i składa rezygnację na ręce Rudolfa. Oto jest urzeczywistniony obłęd Józefa, do którego Bianka go doprowadziła. Finalizacją tego obłędu jest zaaresztowanie Józefa oskarżonego o jego sny – snem najbardziej kryminalnym była Bianka: Bianka, która zrezygnowała z perspektywy Infantki i Mesjasza hołubionej w niej przez Józefa, która nie chciała przyjąć jego ofiary dla niej składanej, a teraz – z całą empatią zwykłej sentymentalnej kobiety – powiewa chusteczką na pożegnanie niewinnie oskarżonego, odpływając na pokładzie od miejsca swego potencjalnego bycia Infantką i Mesjaszem, opuszczając jedyne miejsce miłości do niej Józefa. A oskarżonemu Józefowi pozostaje tylko stwierdzić: „Po raz ostatni ujrzałem Biankę”. I na tym koniec historii miłości Bianki i Józefa. Nie sposób nie powrócić w tym miejscu do początku tej historii – początku zapowiadającego zupełnie inne losy dla obu zakochanych: „Wtedy ujrzałem po raz pierwszy Biankę. Stała profilem przy ladzie z guwernantką, w białej sukience, smukła i kaligraficzna, jakby wyszła z Zodiaku”. Wtedy już jednak pojawił się jakiś ukryty smutek, jakiś zmierzch nieznanych i niepewnych linii ich miłości. Należy czytać z Zodiaku, żeby zrozumieć, że ich losy na samym już początku „spotkały się i rozwiązały obojętnie”. Ale to wielka odwaga czytać z Zodiaku, jeśli się nawet umie. I to wielka rezygnacja – jeśli się umie i jeśli się naprawdę kocha – nie spróbować zmienić złej zapowiedzi Horoskopu. Józef naprawdę kochał Biankę i umiał czytać Horoskop. Dlatego spróbował zmienić wróżbę Horoskopu. Spróbował i przegrał. Niby dlaczego? Czy rzeczywiście tylko z powodu z góry nakreślonych linii zodiakalnych?

O co tak naprawdę szło z tą niespełnioną misją i zbankrutowaną ideą Józefa? Wiadomo, że chodzi tylko i wyłącznie o Biankę. Ale co poza tym , że zwyciężyła w niej Kobieta nad Infantką i Mesjaszem, jeszcze tu się kryje? Kryje się prawdopodobnie to, że zwycięstwo Kobiety wyzwoliło w Biance Demona – tego, który doprowadził Józefa do obłędu, jego ideę najwyższą do całkowitego bankructwa, a jego miłość do nieustannie zapadającego zmierzchu. Da się to udowodnić, rekonstruując dynamikę obserwacji Bianki przez Józefa. Da się to zrozumieć, skupiając się nad kluczową wypowiedzią Józefa, kiedy on – w momencie uwolnienia najbardziej autentycznego uczucia do Bianki – musiał z żalem stwierdzić: „Nie będzie już żadnej pociechy. Zmierzch będzie zapadał”.

Jakie więc są obserwacje Józefa jego ukochanej Bianki, która – niepodejrzanie jakby i nieuchwytnie – coraz bardziej zamieniała się w Demona? Oto pierwszy przypadek, kiedy jej szlachetna i nigdy nieustępująca innym kolorom biel zamieniła się w szarość – groźną tak naprawdę, chociaż udającą łagodność: „Bianka jest cała szara. Jej śniada cera ma w sobie jakby rozpuszczoną ingrediencję wygasłego popiołu. Myślę, że dotknięcie jej dłoni musi przekraczać wszystko wyobrażalne”. To przekroczenie wszystkiego wyobrażalnego nie wróży tu nic dobrego. Dalej musimy stwierdzić, że Bianka – chcąc tego czy nie – swoim wyglądem i zachowaniem prowokuje dostrzeżenie w niej innej jeszcze energii, niż tylko „dumy własnej, czy tryumfu zasad, którym uległa”, bo „oczy jej są podkrążone i mają wilgotny gorący żar w sobie i tę nieskorą do rozrzutności celowość spojrzeń, która nie chybia”. Erotyczny gorący żar oczu mógłby pozostać atutem jej kobiecości, gdyby nie ta nieomylna demoniczna celowość spojrzeń. Takim swoim spojrzeniem potrafi przewidzieć każde pytanie Józefa – i odpowiedzieć na każde pytanie bez jego zadawania. Czyżby nie demoniczną moc posiadała Bianka, potrafiąc na każde niezadane pytanie odpowiadać „jednym głębokim, zwięzłym spojrzeniem”? Ona jakby z góry wie o wszystkim, ale ta jej wiedza nie jest w niej błogosławiona, albowiem budzi w niej smutek wyobcowania od tego, co naturalne, „pozbawiając ją radości”, mimo że obdarza ją „nietykalnością, jakąś wyższą wolnością znalezioną na dnie dobrowolnego posłuszeństwa”. Bianka jest posłuszna wyzwolonemu w niej Demonowi, o czym ona raczej nie wie, ale w końcu się okaże, że to prawda, bo inaczej nie zawiodłaby Józefa ani siebie samej i nie nagrodziłaby Rudolfa przywilejem bycia ze sobą.

Oto kolejny przykład spostrzeżenia Bianki przez Józefa, kiedy jej maksymalnie rozkwitły erotyzm nagle zamienia się w bolesne odczucia: „Jej biała sukienka […] leży jak rozchylony kwiat na ławce. Wysmukłe nogi o śniadej karnacji przełożone są z niewymownym wdziękiem przez siebie. Dotknięcie jej ciała musi być aż bolesne od skupionej świętości kontaktu”. Jakim mógł być kontakt cielesny z Bianką, Józef się nie dowiedział, bo być może nieświadomie nie poddał się wpływom demonicznym, mimo że Bianka usiłowała, by to uczynił. Sam Józef stwierdził zresztą, że jej piękność wraz z odległością przybiera inne kształty i przestaje być radosna, lecz odwrotnie „staje się bolesna, nie do zniesienia i ponad wszelką miarę”.

Józefowi nie przyszło doświadczyć erotycznej kobiecości Bianki, ale przyszło mu doświadczyć demonizmu jej kobiecości. Jedno i drugie jej oblicze – Kobiety i Demona – nie mieszczą się w upragnionej przez niego perspektywie „powyżej i poniżej”, pozostając pośrodku, czyli na ziemi. Nie udało mu się odrodzić w Biance Infantki i Mesjasza – ona dokonała swego wyboru własnego.

Bruno Schulz – jak możemy się jedynie domyślać – w każdej ze swych kobiet też mógł szukać Infantki i Mesjasza. I każda z nich też dokonywała swego wyboru własnego. Być może on – podobnie jak Józef – w najważniejszej chwili miłości do którejś z najważniejszych dla niego kobiet też musiał stwierdzić z żalem: „Nie będzie już żadnej pociechy. Zmierzch będzie zapadał…” Dla adeptów Schulza na zawsze tajemnicą pozostanie pytanie, która kobieta była dla niego najważniejsza? W wypadku Józefa natomiast pozostawił swoim adeptom jasność – to Bianka była dla Józefa najważniejszą i zapewne jedyną kobietą.