Emo Zofia

Sylwia Chutnik, pisarkaPolska, Warszawa, 2011

Emo Zofia
Nałkowska rzuciła na koniec, już z grubej rury: żądamy prawa do Rozkoszy. Pod koniec to już tylko baby syczały: „Jak ona to robi, że stara, a kochanków ma młodych, adoratorów, znowu jakiś nowy za nią łazi”. A ona patrzyła wtedy w lustro i pisała w dzienniku, że taka stara jest, że niedługo umrze. Za chwilę notowała kilka słów o kelnerze, że tak niepotrzebnie przystojny, podchodzi, uśmiecha się. Co zrobić z tymi ładnymi, z tymi interesującymi chłopcami, co zrobić ze starym ciałem uwielbiającym dotyk cudzej skóry? Zamknąć się w upływie czasu, zrezygnować i czekać na śmierć? Nie po to od najmłodszych lat domagała się wolności w wyrażaniu siebie, aby teraz zamknąć się w sztywnym gorsecie plotkujących zawistnic. A niech sobie obserwują, niech komentują. I nawet Maria Dąbrowska (swoją drogą zawsze taka niby porządnicka, a tyle lat w związku z Kowalską, a jak jej córki nienawidziła, Boże) zawistnie syczy w Dzienniku, że Nałkowska ładna, choć stara. Może i zresztą bez zawiści, może zwyczajnie się dziwi, że kobieta może założyć korale i dopasowaną bluzkę po sześćdziesiątce. Rewolucyjne tony i głębokie przekonanie o słuszności zmian społecznych w tak zwanej kwestii kobiecej dało się zauważyć u niej od samego początku – od okresu zwanego „młoda, dobrze zapowiadająca się literatka”. Widać to wyraźnie nawet teraz, choćby we współczesnym przedstawieniu Córeczki w reżyserii Małgorzaty Głuchowskiej granego w Teatrze Dramatycznym. Scenariusz powstał na podstawie I tomu Dzienników Zofii Nałkowskiej (kiedy była nastolatką) oraz fragmentów tekstów Charles’a Baudelaire’a, Colette, Cezarego Jellenty, Jana Augusta Kisielewskiego, Marii Komornickiej, Jana Lemskiego, Tadeusza Micielskiego. W przedstawieniu grają zawodowi aktorzy oraz młode dziewczyny: blogerki, pisarki. Zmierzają się z momentem wchodzenia w dojrzałość, rozpoczynania tworzenia „naprawdę”. Dziewczyny grają siebie, ale korzystają z doświadczenia starszej koleżanki – Nałkowskiej sprzed debiutu, sprzed sławy i uznania. Są świeże, czasem pretensjonalne, ale tylko po to, aby z dystansem pokazywać swoje lęki i obawy. Swoją wieczną walkę o tożsamość i prawo do bycia sobą. Dobry wybór, dobra nauczycielka. Nałkowska zawsze walczyła o prawo do samorealizacji i do własnej przyjemności: w tekstach publicystycznych, powieściach, wypowiedziach i referatach. Szczególnie we wczesnej twórczości, w tym diarystycznej, nie bała się narcystycznego odkrywania siebie. Afirmując swoje „ja” była sobą cała olśniona, była w zachwycie nad możliwościami kobiety. Początkowa faza dziennika stanowiła zarazem wstęp do przyszłej walki o podmiotowość kobiety jako człowieka (co na początku XX wieku nie było takie oczywiste). I chociaż nigdy nie angażowała się bezpośrednio w ruch kobiecy, to była autorką tekstu Kilka uwag w kwestii etycznej kobiet. Brała udział w Zjeździe Kobiet, który odbył się w 1907 roku z okazji czterdziestolecia twórczości Elizy Orzeszkowej. To właśnie tam Nałkowska dała się zapamiętać jako pewna siebie kobieta, a nawet skandalistka. Miała dwadzieścia dwa lata, kiedy weszła na mównicę. Atmosfera panowała wzniosła, wszak wszystkie panie zgromadziły się, aby świętować. Wyobraźmy sobie całą scenę. Całego życia – zawsze Rygierowa (bo wtedy Zofia była już zamężna – po raz pierwszy, ale nie jedyny) staje, patrzy na tłum debatujących kobiet i zaczyna mówić. Najpierw krytykuje starsze koleżanki, że rozmawiają od trzech dni o rzeczach oczywistych, a nie mają odwagi zająć się prawdziwymi problemami. Na przykład „zmianą cenzusu cnoty”. Pierwszy dzwonek prowadzącej obrady przerywający referentce – halo, a cóż to za słownictwo. Ale Zofia mówi dalej. Że podpisuje się, co prawda, pod nadaniem praw wyborczych i równouprawnieniem w każdej dziedzinie życia, ale wymaga od „porządnych kobiet”, aby zaczęły mówić swoim własnym głosem. I przestały dzielić kobiety. Dzwonek, po raz drugi, po raz trzeci. Zebrane, coraz bardziej poruszone, zaczynają głośno komentować. A Zofia na koniec, już z grubej rury: macierzyństwo nie może być jedynym celem erotyki, żądamy prawa do rozkoszy. Maria Konopnicka ze swoją towarzyszką, Marią Dulębianką, wstaje i ostentacyjnie wychodzi z sali obrad. Zofia krzyczy: „Chcemy całego życia!”, a hasło to staje się symbolem walki o prawa kobiet i jest aktualne jeszcze w XXI wieku. Szok, skandal, jak taka młoda dziewczyna może psuć uroczysty zjazd. Miny markotnieją, końcowe przyjęcie zmienia formę, a środowisko kobiece dzieli się na zwolenniczki wystąpienia (jak Maria Turzyma czy Izabella Moszczeńska) i te oburzone. Niejaki doktor Miklaszewski, który inicjował kampanię zwalczającą prostytucję, powiedział, że Nałkowska żąda prawa do nierządu, że zachęca kobiety do rozwiązłości seksualnej, co prowadzi do upadku społecznego. Posypały się polemiki, komentarze, dyskusje kawiarniane i na łamach pism. Co to niby znaczy „całego życia”? A po co kobiecie aż tyle? Aneta Górnicka-Boratyńska w książce o projektach emancypacji Stańmy się sobą rozwija to stwierdzenie za Marią Turzymą: to nie tylko prawa obywatelskie, ale i prawo do swojej cielesności. Nie tylko równość w wychowaniu chłopców i dziewczynek, ale również zniesienie zależności w małżeństwie. Tylko wtedy kobieta będzie mogła swobodnie dysponować sobą, w pełni umysłu i ciała. Będzie mogła wykorzystać swój energetyczny potencjał, jednak nastąpi to w momencie, kiedy ona sama zacznie mówić otwarcie o swoich potrzebach. A potrzeby do miłości i fizycznego kontaktu mogą mieć również panie dojrzałe. Teraz to może już nie dziwi, ale w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku i w latach przedwojennych, owszem. Jedną z form ekspresji Nałkowska upatruje w pisaniu i twórczości. Niczym francuska esencjalistka Hélène Cixous twierdzi, że uwolnienie ciała jest zarazem uwolnieniem podświadomości i łączy się bezpośrednio z wolnością pisania. Tylko w ten sposób kobieta przestanie być – dla siebie, dla ludzi – nieustannie winna za wszystko, co robi. A wiadomo, zawsze jest coś źle, zawsze coś nie tak, czegoś jest za dużo, a znowu czegoś brakuje. Na przykład matka zbyt kochająca kastruje biedne dziateczki i uniemożliwia im pełny rozwój. Jeśli daje im swobodę, to jest wyrodna, ponieważ nie dba dostatecznie o dzieci. Kobieta wyzwolona erotycznie jest rozwiązła, rozpasana, ale ta, która tkwi w gorsecie skromności, określana jest jako zimna. Cixous jest mile histeryczna, krzyczy do kobiet „pisz, pisz sobą” i jest to głos rozlegający się w głowie każdej twórczyni, która siada przy komputerze lub staje przed sztalugami. Twórz, nie rozglądaj się na boki, nie słuchaj nikogo, słuchaj siebie. Nie jestem pewna, czy to wystarczy, aby się wyzwolić naprawdę, na zawsze i w każdej dziedzinie życia, ale propozycja ponętna. Czemu nie spróbować oderwać się na chwilę od nudnej pępowiny zakazów, krytyki i norm społecznych. Czemu nie skoczyć na bungee natchnienia i przełamać reguły, które tak łatwo znieść. Nałkowska postulowała psychiczne wyzwolenie kobiet, którego świadectwem czy efektem będzie odwaga „strącenia poetycznej glorii” naszej fałszywej moralności i kobiecego rozmemłania. Okrzyk „Chcemy całego życia!” powinien być pierwszym okrzykiem, jaki wydaje dziewczynka po przyjściu na ten świat. A jak to jest z końcem życia? Co wtedy powinna krzyczeć kobieta – „Chcemy całego życia – do ostatniego tchnienia”?
Złe wybory
Niby tych mężczyzn tak wiele, niby takie seksualne wyzwolenie, ale ciągle nie tak – ciągle na nieszczęśliwie. Pierwszy mąż – zdradzający ją bywalec salonów literackich, który szybko wyleczył ją z nastoletnich marzeń o mężu „tylko po to, aby mieć na teatr, suknie, przyjęcia”. Tak samo biedny jak i ona, dorabiający pisaniem. A na dodatek zazdrosny o talent, więc robiący sceny fochów i oskarżeń. Potem drugi mąż – żołnierski macho dobrany chyba na zasadzie wzajemnie wykluczających się kawałków ludzkich, dominujący i zabierający przestrzeń. I wiele związków, często długich, ale niesformalizowanych. Z „dobrze zapowiadającymi się”, z utalentowanymi, ale homoseksualnymi, z problematycznymi, ale adorującymi. Zawsze nie tak, zawsze na kipiąco, do rozpamiętywania. Tytułowa Niedobra miłość musiała być sprawdzona empirycznie. Nałkowska popełniała błąd, ale zaraz o nim zapominała i brnęła w beznadziejny związek ponownie. Ciekawe, że ta wieczna szamotanina uczuciowa nie wysysała z niej energii – przeciwnie, jakby dopingowała do coraz bardziej wnikliwych portretów ludzkich. Szczególnie tych kobiecych, gdzie kondycja kobiety w małżeństwie wyglądała zawsze podobnie: bez możliwości bycia człowiekiem i kobietą zarazem. Ten tragiczny wybór miał dokonywać się w dziełach literackich i życiu prywatnym bez przerwy. Przy czym definicje obu tych pojęć były raczej stałe: człowiek jako istota dążąca do samowyzwolenia i niezależności, choć uwikłana w zależności; kobieta jako Ja o równych prawach co mężczyźni. Tylko ta miłość: ciągle nieszczęśliwa, gdzie mąż zaraża wierną żonę chorobą weneryczną, gdzie kobieta popełnia samobójstwo, gdzie związek dwojga to zgoła masochistyczne przepychanki w imię silnego uczucia – jakiego? Zafascynowania, pociągu erotycznego, może próby wywindowania swojego ego wyżej, zawsze wyżej niż ego współmałżonka? A zatem konkurencja: bardziej obok niż razem. Doprawdy, ciężka rzecz ta miłość.
Rozdarcie
Nałkowska Zofia, sprawiedliwa naprawiaczka świata, Zofia Troska. Wiodąca kobiety na barykady wolności. Rozdarta między pracą społeczną a twórczością. Szczególnie widoczne to było w czasach powojennych, kiedy najpierw zaangażowała się w pracę Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce (pokłosiem czego były między innymi Medaliony), później została posłanką do Krajowej Rady Narodowej, a w latach późniejszych do sejmu ustawodawczego (jako bezpartyjna). Była również inicjatorką grup literackich, różnego rodzaju komitetów, redaktorką pisma „Kuźnica” i postacią pomagającą wielu indywidualnym osobom. Nieodmawiająca, ciągle w ruchu, w podróży. Tu spotkanie oficjalne, odczyt (nawet w sanatorium), tam wstawienie się za biedną wdową. Dochodzą do tego kontakty towarzyskie ze środowiskiem intelektualnym, w tym międzynarodowe. A tu coraz więcej lat, coraz bardziej zawodne zdrowie. I ciągle nowe teksty do napisania, do poprawienia, zaakceptowania. Napięcie między byciem dla ludzi a byciem dla siebie i dla swojej twórczości jest ciągle obecne. Jak bowiem ułożyć hierarchię ważności, kiedy Polska budzi się z wojennej traumy zupełnie zniszczona, zabiedzona i coraz bardziej stłumiona dominującą opieką Wschodniego Brata? Co jest bardziej potrzebne: nowa powieść opisująca współczesność czy może walka o ustawy? Reprezentowanie kraju za granicą czy codzienna praca „w terenie”? Co jest lepsze, co bardziej wartościowe dla niej samej – osoby, która od zawsze stawiała siebie na pierwszym miejscu. Dandyzm społeczny, egoizm pomocy. Przedziwne połączenie, które rzadko kiedy daje dobre efekty. Tym bardziej wartościowe jest to, że Nałkowska spełniała się, w wybitny sposób, na obu frontach. Zarówno jako literatka, która ciągle zadziwiała oryginalnym spojrzeniem na świat i nienagannym warsztatem literackim, ale też jako działaczka społeczna spełniająca swoje obowiązki z wielkim poświęceniem. Dobrze, że na co dzień miała do pomocy Genowefę Goszczyńską – kogoś pomiędzy sekretarką, panią domu a przyjaciółką. Jej listy do Zofii są literaturą samą w sobie, z których niejeden pisarz mógłby nauczyć się tak niesamowitego łączenia „eleganckich” zwrotów z nieporadną próbą oddania wielkiego uczucia. A takie żywiła pani Genia do pani Zosi bez dwóch zdań. To dla niej w najcięższych czasach okupacji i okresu powojennego jeździła po elementy umeblowania, to dla niej wykłócała się o zaległe honoraria i pilnowała, aby tłum wielbicieli lub tych chcących czegoś od sławnej i wpływowej pisarki i posłanki nie zdominował rozkładu dnia. Relacje między tymi dwoma kobietami, szczególnie te prześledzone we wpisach do Dziennika lub korespondencji są dość trudne do określenia. Z jednej strony wyraźnie zarysowuje się hierarchia związku pani – służąca, z drugiej zaś dbanie o siebie nawzajem, ofiarowanie sobie prezentów i wzajemna życzliwość pozwalają przenieść rodzaj kontaktów na poziom przyjacielski, wręcz „przyjaciółkowy”. Gdyby nie Genowefa, to utrzymanie spokoju potrzebnego do pisania i zajmowania się swoimi literackimi obowiązkami byłoby niemożliwe. Być może to właśnie ta bliska Genia pełniła funkcję męża doskonałego – partnera przynoszącego spokój i stabilizację w chwilach, kiedy tworzy się nowe dzieła. Zwykle takimi osobami są żony sławnych mężów. To z nimi wszelkiej maści naukowcy, pisarze czy myśliciele mogą sobie spokojnie zatonąć w papierach i opasłych tomach, podczas gdy obiad, pranie i obsługa rachunków robią się same. Czyli robią je ich ciche i pogodzone z losem żony. Czyżby idealnym mężem dla pisarki miałaby być pani Genia? Po śmierci Nałkowskiej została sekretarką Związku Literatów i tym samym pomagała wielu innym twórcom.
Emocje
To prawdziwy paradoks, że do kanonu lektur trafiły Medaliony – tak oszczędne w wyrażaniu emocji, tak precyzyjnie tnące uczucia. Podczas gdy od samego początku twórczości Nałkowska pokazywała psychologiczne portrety ludzi, które opatrzone były zawsze wielkimi emocjami. Oczywiście, nie w stylu Trędowatej, raczej laboratoryjnie przyglądała się ludzkim działaniom, jakby pisanie miało być mikroskopem, lupą pomagającą rozwiązać skomplikowane zagadki relacji i motywów działania. Już w pierwszym tomie Dzienników młoda Zofia to brnie w egzaltację, to znowu karci się sama za zbytnie uleganie uczuciom – i tak było do samego końca. Żadnej taryfy ulgowej. Kupujemy sobie ulubione czekoladki, ale zauważamy, że robimy to po to, aby usprawiedliwić swój jakiś zły czyn. Nałkowska miała przy tym rzadki dar autoanalizy na granicy wiwisekcji. Potrafiła być dla siebie zaskakująco surowa, jednocześnie nie rezygnując z opisów zachowań i próby odnalezienia odpowiedzi na pytania dotyczące natury kobiet, mężczyzn lub inaczej: osób sobie bliskich (głównie bliskich w poniżaniu się nawzajem). A jednak pasja: zmiany świata, wyłuszczenia prawdziwych motywów pewnych zachowań, wreszcie walka o siebie: swój sposób myślenia, swoje wartości.
Dzięki temu nobliwa pani w naszyjniku z pereł, która patrzyła na nas w sali polonistycznej, nie jest kolejną autorką do zanudzania. To właśnie u niej można odnaleźć prawdziwe emocje. Nie zawsze zrozumiałe, czasami sprzeczne, ale żywe.